terai blog

Twój nowy blog

Zdarza się tak jakoś dziwnie że muzycy łączą się w pary, trio, czy stada do tworzenia pojedynczych nagrań. Często są to nagrania nieznane, ale także bardzo często bardzo przyjemne dla ucha. Kilka wartych uwagi właśnie wam przedstawiam.

Kristin Hersh & Michael Stipe – Your Ghost

Kristin Hersh urodziła się w roku 1966 w Ameryce. Zadebiutowała z solową karierą w 1994 z albumem „Hips and Makers” na którym gościnnie wystąpił Michael Stipe, którego jeśli nie z nazwiska, możecie kojarzyć z głosu, twarzy, lub inaczej – z zespołu R.E.M. w którym godnie pełni funkcję wokalisty. Gdy usłyszał demo Hersh, żywo się nim zainteresował i gdy ta pracowała w studio nad nagraniem, dzwonił do niej często ze strachem, że zepsuje wspaniały efekt jaki wywierało na nim demo. Gdy pojawiły się problemy przy nagraniu jednego z utworów, podczas rozmowy ze Stipem Kristin uznała że utwór potrzebuje jego głosu. Nie sądziła że utwór zrobi jakąkolwiek karierę, ale skończyło się teledyskiem.

Eddie Vedder & Nusrat Fateh Ali Khan / Rahat – The Face Of Love

Eddie Vedder, głęboki, niski głos Pearl Jamu razem z Nusratem Fateh Ali Khanem – niestety zmarłym już Pakistańczykiem (1947-1997), nagrali część muzyki do filmu Tima Robbinsa – Dead Man Walking. W roku 1998 odbył się koncert z soundtrackiem do tego filmu. Partie Nusrata przejął jego bratanek Rahat, udźwignął zresztą to zadanie wykonując wyjątkowe solówki wokalne. A oto słowa z tłumaczeniem: Tekst.

Lemmy Kilmister, Ozzy Osbourne, Slash – I Ain’t No Nice Guy

Dwa aksamitne głosy, jedna wspaniała gitara, trzy postacie znane i inspirujące na całym świecie, trzej przystojniacy i tylko połowa stwierdzeń bez przymrużenia oka. A jednak ten kawałek to trio gigantów. Lemmy Kilmister – lider zespołu Motorhead (jego członkowie także w teledysku) przed którym pokłony bije chociażby Metallica, a którym inspirowała się masa zespołów punkowo-rockowych. Ozzy Osbourne, jeden z (ale najważniejszy) wokalistów wszystkim znanego Black Sabbath, oraz Slash – włochaty, pierwotny gitarzysta Guns’n'Roses, dziś w zespole Velvet Revolver. Utwór jak nie fajny to ciekawostka.

Brandon Boyd & Chrissie Hynde – Neither Of Us Can See

Piękna ballada, niestety pozostawiona bez teledysku. W roku 2005 do filmu Stealth nagrana została piosenka Neither Of Us Can See. Jest ona wynikiem współpracy zespołu Incubus i Chrissie Hynde. Hynde jest rock-wokalistką z Ohio, ur. 1951, szerzej znana z zespołu The Pretenders. Brandon Boyd, lider amerykańskiego zespołu Incubus grającego rocka i działającego już dość długo (chłopaki grali razem jeszcze w szkole).

Odbędzie się ono:
24 listopada (sobota)
W:
klub Diuna, ul.dobra 33
start 20.00

W celu zapoznania się z artystą zapraszam do archiwum.

Strona Klubu

Madness

Brak komentarzy

(SKA)

Narodziny Madness <=> Odrodzenie Ska

madness_hi.jpg

W roku 1976, w Camden w Londynie, powstał jeden z najorginalniejszych (pod każdym względem) zespołów w świecie. Początkowo pod nazwą North London Invaders (skracane do Invaders), zaczął działać skład pod przewodnictwem Mike’a Barsona (Monsieur Barso) grający muzykę Ska, później rozwijającą się w kierunku popu. Skład przechodził wiele zmian, ludzie odchodzili i wracali, najaważniejszymi członkami pozostawali jednak wyżej wymieniony Mike Barson oraz Suggs, który dołączył i objął stanowisko głównego wokalisty. W sekcję instrumentalną zespołu wlicza się wiele instrumentów. Zresztą i niewielu członków pozostawało przy jednej funkcji. Dochodziły harmonijki, dodatkowe dęte, a także linie wokalne. 1978 zespół zmienia nazwę na Morris and the Minors, by wkrótce zmienić ją ponownie, tym razem na The Madness (na cześć ulubionego utworu z repertuaru Prince’a Bustera). Ostateczny skład liczył sobie siedmiu członków.

Wielkie lata 80

m04001a.jpg

Zespół zrobił karierę błyskawiecznie. Wydany w roku 1979 singiel „Prince” w mgnieniu oka wskoczył na listę najlepiej sprzedających się singli Wielkiej Brytanii. Tego samego roku nagrali więc pierwszy album („One Step Beyond”) i ruszyli w trasę. Gdy materiał się „znudził”, nagrali następny album (w 1980) który także podbił listy przebojów piosenkami takimi jak np Baggy Trousers. Swoją twórczością zespół przyczyniał się skutecznie do odrodzenia ska, które wyraźnie zauważano w tym okresie. Następne albumy („7″ w 1981, „The Rise & Fall” w 1982 itd.) odstawały jednak brzmieniowo od poprzedników. Zespół ewoluował w kierunku popu, choć oczywiście nie zrywając do końca ze swoimi korzeniami. Każdy z albumów i singli zajmował wysokie miejsca na listach, głosząc wielki sukces grupy. Tak samo było i z „Keep Moving” w 1983, można więc powiedzieć że nikt się nie spodziewał tego co miało wkrótce nadejść.

Rozpad grupy

m04003a.jpg

W 1983 m.in. z powodu przeprowadzki do Amsterdamu, zespół postanawia opuścić Mike Barson. Oficjalnie dokonuje tego w 1984 po wydaniu „One Better Day”. W 1985 pozostali członkowie (z różnymi zastępstwami na klawiszach) wydali album „Mad Not Mad” który jednak przyjął się o wiele gorzej od wszystkich poprzednich, zaś żaden z singli nie przedostał się do pierwszej dwudziestki w listach, co stało się po raz pierwszy w historii zespołu. W 1986 pozostali członkowie także postanawiają się rozejść z powodu różnic muzycznych. Nagrywają jeszcze tylko pożegnalny singiel (do którego powraca na chwilę Barson), który wchodzi na listy na wysoką pozycję, ale nic to nie zmienia. Czterech członków zespołu podejmuje próbę grania jako The Madness w 1988 ale ani występy ani jeden nagrany album nie cieszą się zbytnim powodzeniem.

Madness wstrząsa światem
W roku 1992 na rynek trafiają reedycje i nowe wydania dawnych przebojów grupy Madness. Ciepłe przyjęcie przez fanów sprawia że zespół postanawia się reaktywować na koncert na festiwalu Madstock. Koncert wychodzi cudownie, podczas utworu „One Step Beyond” publika skacze i szaleje na tyle mocno że zostaje odnotowane małe trzęsienie ziemii (4,5 w skali Richtera). Następuje pełna reaktywacja składu. W ciągu następnych lat zespół koncertuje, nagrywa nowy, dobrze przyjęty, album (w 1999), wydaje dvd i nagrania koncertowe. Legenda powraca do akcji i daje kopa jak dawniej. Aktualnie zespół jest w trakcie nagrywania kolejnego albumu, z którego ukazało się już kilka singlów. Płyta ma trafić do sklepów w przyszłym roku.

Totalne Szaleństwo

401.jpg

Właściwie żaden opis tej grupy zwariowanych ludzi nie odda w pełni idei wiążącej ten zespół. Trzeba zobaczyć ich teledyski, usłyszeć muzykę, obejrzeć publikę i koncerty na żywo, do czego oczywiście linki podaję poniżej. Ci ludzie kochają muzykę, kochają zabawę i kochają fanów. Na scenie przenoszą się do innego świata i (także mimo wieku) dają niesłychanego czadu odpływając i wariując, co zaraża publikę w związku z czym cała sala szaleje i bawi się pysznie. Genialne wstawki na instrumentach dętych i wspaniałe aranżacje tych wyluzowanych, uśmiecho-wymuszających utworów sprawiają że Madness (mówiąc godnie nauczyciela j.polskiego) niesie z sobą wartość ponadczasową. Zapraszam do zabawy!

Na skróty, czyli kilka teledysków:
Night Boat To Cairo.
Baggy Trousers.
One Step Beyond, (na żywo).
House Of Fun.

Jeff Buckley

Brak komentarzy

(?)

Tło życiowe (czyli przez co można patrzeć na jego twórczość i osobę):

jeffbuckley.jpg

Urodzony jako Jeffrey Scott Buckley w roku 1966 roku, Jeff nie zaznał beztroskiego dzieciństwa. Wychowała go matka oraz ojczym. Prawdziwy ojciec – Tim Buckley – także muzyk (w większości sklepów muzycznych są jakieś jego płyty), umarł w wieku 28 lat przedawkowując narkotyki. Jeff miał wtedy 8 lat. On sam wypowiada się o ojcu w następujący sposób: „Nigdy go nie znałem… spotkałem go raz, gdy miałem 8 lat”. Jako dziecko znany jako Scotty Moorhead (drugie imię, nazwisko ojczyma). Po śmierci ojca wybrał jednak „Jeffa Buckleya”, jakim go dzisiaj znamy. W jego domu zawsze panowała muzyka. Jego ojciec grał na paru instrumentach i śpiewał, ojczym zapoznał go z największymi rockowymi zespołami tamtych/wszech czasów. W wieku 12 lat dostał pierwszą gitarę i postanowił rozwijać się w kierunku muzycznym. Gdy dorósł włóczył się po klubach i pomniejszych koncertach, powoli acz stale pnąc się drogą do wydania własnego albumu. Z czasem zaczął przykuwać uwagę krytyków, producentów i wielu innych muzyków, którzy po dziś dzień oddają hołd jego talentowi. Latem 1993 Buckley wraz z zespołem wzięli się do nagrywania albumu „Grace”, wydanego w rok później. Album ten wywarł wielkie wrażenie na całym świecie muzycznym. Jimmy Page (Led Zeppelin – gitara) określił go ulubionym zespołem dekady; David Bowie jednym z 10 które zabrałby na bezludną wyspę; Lou Reed chętnie wystąpiłby razem z nim, itd. itp. Z jego fanów warto wymienić jeszcze Chrisa Cornella (Soundgarden, Temple of the Dog, Audioslave, Chris Cornell), jego przyjaciela (z którym często mieli rywalizować w pisaniu utworów). O tym dlaczego, dowiemy się dalej.

Tragiczna śmierć Jeffa Buckleya:

p20687kk9kb.jpg

Następne lata były obfite w sukcesy. Buckley wraz ze swoją grupą dawali liczne koncerty, inspirując mnóstwo muzyków swoją pracą. Trudno uwierzyć jak mało trzeba by przerwać życie młodego, przystojnego i utalentowanego mężczyzny. Rok 1997 dostarczył szoku wszystkim śledzącym rozwój muzyka. A przecież wszystko tak dobrze się zapowiadało – po odpoczynku po kolejnej trasie, Jeff wraz z zespołem zabrali się do nagrywania drugiego albumu zatytułowanego „Sketches For My Sweetheart the Drunk”. Los jednak chciał, że pewnego majowego dnia, Jeff wraz z Keithem Foti poszli na plażę. Ten pierwszy, nie zdejmując ubrania i śpiewając głośno do puszczonego w radio „Whole Lotta Love” (Led Zeppelin) wszedł do wody… Jego ciało wyłowiono trzy dni później. Keith odwrócił się tylko na chwilę by nie zobaczyć już Buckleya nigdy więcej. Przyczyny utonięcia mogą być różne – prawdopodobnie po prostu wir wciągnął go pod wodę, gdzie Jeff stracił przytomność. Całość była zwykłym pechem. W ciele Buckleya nie wykryto ani alkoholu ani narkotyków. Do tych ostatnich Jeff odczuwał zresztą wstręt i nigdy ich nie dotykał (patrz: ojciec). Jego prace i nagrania do „Sketches (…)” zostały zebrane i wydane pod okiem Chrisa Cornella. W czasie wypadku miał 30 lat – tj. żył o dwa lata więcej niż jego ojciec.

Tyle o genialności, ale dlaczego?

p42077zhvt1.jpg

Muzyka Buckleya porusza. Po prostu. Słuchając albumu Grace co chwila zadziwiamy się jego pięknem. Większość utworów to ballady, ale za to jakie. Także teksty przemawiają bardzo celnie czyniąc ból w nich zawarty niemal namacalnym. Gdyby kazano mi stworzyć listę ballad ulubionych, prawdopodobnie znalazłaby się w niej spora część utworów Jeffa. Co jeszcze urzeka? Np: orginalny głos, wysoki, dobrze używany. Buckley w sposób piękny potrafił też wykorzystać falset [patrz: Corpus Christi Carol, lub Dido's Lament (koncertowe)]. Przygrywał sobie na gitarze często sięgając po brzmienia nieco niepokojące nasze ucho, czyniąc swą twórczość dodatkowo charakterystyczną jak i wyjątkową. Znajomy zażartował niedawno: „bo Buckley stworzył Muzykę tak naprawdę, a nie Bóg”. I jest w tym wiele prawdy. Wystarczy spojrzeć na efekt jaki wywarł na ludziach ze świata muzycznego, na nowy styl, nowe horyzonty, na tę właśnie wyżej wymienioną wyjątkowość uzmysławiającą, że w roku 1997 świat odniósł jedną z bardziej bolesnych i tragicznych strat kulturalnych ostatniego wieku.

Dyskografia:
1993 Live at Sin-é [EP]
1994 Grace
1995 Live from the Bataclan
1998 Sketches for My Sweetheart the Drunk
2000 Mystery White Boy
2001 Live a L’Olympia
2002 Songs to No One 1991-1992
2002 The Grace EPs
2003 Live at Sin-é (Legacy Edition)
2004 Grace (Legacy Edition)
2007 So Real: Songs from Jeff Buckley

Na skróty, czyli kilka teledysków:
Forget Her.
Grace.
So Real.
Lover, you should’ve come over (teledysk zrobiony przez fana, ale liczy się muzyka), Tekst.

Everlast

1 komentarz

(hip-hop+inne)

Tło życiowe (czyli przez co można patrzeć na jego twórczość i osobę):

p23601lvo5g.jpg

Erik Schrody (bo tak nazywa się naprawdę), urodził się w roku 1969 w Nowym Yorku. Wychowany w San Fernando (południowa Kalifornia) przez rozwiedzioną z jego ojcem matkę. W roku 1990 nagrywa pierwszą solową płytę, wydana z pomocą rapera Ice-T. Następnie członek zespołu House Of Blues z którego odchodzi jednak w roku 1996. W roku 1998 Everlast nagrywa drugą solową płytę. Z końcem nagrań zbiega się nagły ciężki atak serca rapera, który cudem przeżywa. Odmienia to nieco jego życie. Sam wspomina: „to było dziwne, w jednej chwili chodzę po domu a potem budzę się cztery dni później w szpitalu”. Przyczyny? można znaleźć wiele. Porzucenie na jakiś czas przedtem przez żonę – samotność życiowa. Z piosenek wniosek że wina była po jego stronie. Prócz tego nie bójmy się powiedzieć – Everlast grzecznym chłopcem nie był i nie jest. Pił, hulał, wdawał się w kłótnie (także z Eminemem z którym nawzajem wyśpiewywali sobie niezbyt ładne odnośniki w piosenkach [„Better run and check your kid for your DNA”]), w pewnym momencie siedział na parę miesięcy w areszcie za nielegalne posiadanie broni. Cóż więc czyni go innym od całej masy raperów?

Spojrzenie na muzykę, czyli co to właściwie jest? :

everlast.jpg

Everlast staje się twórcą ciekawym przez swą bezpośredniość i wylewność w sferze uczuć. Wiadomo, ile można śpiewać o bólu i miłości? No cóż, no właśnie Everlast pokazuje że można dużo. W sposób prosty, lub przez opowieść Everlast skupia swoje teksty wokół miłości, bólu, samotności, czasem życia, tego jakim jest, jego gorszych stron. Nie zawsze jest to coś wielkiego i mądrego, czasem jednak skłania do zastanowienia się chwilę w ciszy nad tym w jakim my świecie właściwie żyjemy. Co jeszcze czyni go innym od większości raperów? Sam rodzaj granej muzyki. Everlast trzymając się częściowo rapu, czerpie garściami z innych gatunków, także rocka. Bywa ballada z gitarą akustyczną w ręku, a bywa i coś ostrzejszego. Głos? niebanalny, chrypka, naprawdę niezły. Gość łączy więc z sobą gatunki na pozór nie do połączenia, tworząc w ten sposób orginalny dość typ muzyki. Tego pana polecam więc zarówno wielbicielom rapu jak i rocka, a także tym którzy wielbią sentymentalne ballady o życiu i miłości.
„Nie ma czegoś, czego bym nie spróbował – czy jest to jazz, funk czy też country” mówi Everlast. „Ale zamierzam ciągle w ten sposób tworzyć hip-hop – dość dziwaczny, jak to może odbierać część ludzi. Po prostu próbuję rozwijać artystyczną formę. Emocje i uczucia są tym, co mnie inspiruje, a nie ma tego zbyt wiele w dzisiejszym hip-hopie. Kiedy miałem 19 lat, moimi emocjami było napijmy się i poszalejmy, ale teraz mam 34 lata”.

Dyskografia solowa:
- Forever Everlasting (1990)
- Whitey Ford Sings the Blues (1998)
- Today EP (1999)
- Eat at Whitey’s (2000)
- White Trash Beautiful (2004)

Inspiracje/ idole:
- Neil’a Young
- Waylon Jennings
- Run DMC
- BDP
- N.W.A.
- PE
i inni

Nagrywał m.in. z:
Carlos Santana, Divine Styler, Lordz Of Brooklyn, Run DMC, The X-Ecutioners, Xzibit, Swollen Members, Cypress Hill, Dilated Peoples, Helmet, Madonna, Sadat X, Bronx Style Bob, Casual, Cee-Lo, Prince Paul, N’Dea Davenport, Fredwreck, Kurupt

Na skróty:
What It’s Like, tekst.
Black Jesus.
So Long.
Put Your Lights On (z Carlosem Santaną).
Put Me On (z Swollen Members, Moka Only).

Wstęp

Brak komentarzy

W najbliższym czasie będą się tu pojawiać krótkie teksty dotyczące twórców znanych radosnym czytelnikom lub nie. Skupię się raczej na zespołach nieznanych (a przynajmniej tak mi się zdaje gdy piszę te słowa). W ten sposób przybliżę Wam nieco ciekawostek muzycznych, mniejszych i większych. Może przyciągnę uwagę. Tak czy inaczej zamierzam Wam pokazać zespoły interesujące, muzyczną „odskocznię”, albo po prostu tzw. underground. Nie zabraknie jednak i bardziej znanych wyjadaczy, choć może od nieco innej strony niż ta powszechnie znana. Zachęcam do czytania, bo choć wielkim pisarzem nie jestem, to myślę że mam Wam coś do zaoferowania, a znajdzie się tu z pewnością trochę dla każdego. Miłego czytania i – być może potem – słuchania!


  • RSS